instax mini 70 – fotografia natychmiastowa czy… klimatyczna?

Tekst uzupełniony: czerwiec 2019 (po ponad roku użytkowania). 

Wakacje zbliżają się wielkimi krokami:) Pewnie będziecie w dziesiątkach miejsc, przywieziecie z nich tony zdjęć i kilometry video. Cóż, w końcu karty pamięci są coraz większe – a telefony macie zawsze przy sobie. Możecie nagrać a potem skasować 100 zdjęć jednej doniczki, wysłać na facebooka/ instagrama i… zapomnieć. Być może nawet skopiujecie je wszystkie na dysk laptopa, ale czy kiedykolwiek do nich wrócicie?

Spotkacie na swojej drodze ludzi z lustrzankami. Przylepieni do aparatu szukają, czekają i kadrują – po to, żeby strzelić tę jedyną scenę. Stoi więc taki biedak, ręce sztywnieją (bo „prawdziwy” sprzęt swoje waży), tonie w swoim świecie światła i ekspozycji, żona obok przewraca oczami a dzieciaki z nudów polują na okoliczną faunę.

Jest też trzecia droga: fotografia natychmiastowa. Nie tak ‚masowa’ jak ta z komórki, nie tak wypieszczona jak ta z lustrzanki – ale powiedziałbym… najbardziej klimatyczna:)

Aparaty natychmiastowe umożliwiają ‚wydruk’ dopiero co zrobionego zdjęcia. Na rynku znajdziecie właściwie dwa rozwiązania. ‚Hybrydy’ – jak np. Polaroidy Snap czy Instax SQ10/20 – robią zdjęcia cyfrowo a użytkownik może zdecydować, czy będą wydrukowane. Hybrydy pozwalają na oglądnięcie zdjęcia na wbudowanym LCD i wybranie tego, które wyszło najlepiej. Zdjęcia mogą być też zapisane w pamięci lub na karcie SD. Czyli taki kompakt z drukarką w jednej obudowie.

Instaxy serii 9, 70, 90 czy SQ6 to całkiem inna historia. Można o nich powiedzieć… że są analogowe. W momencie gdy wciskacie migawkę (przycisk „wyzwalający” robienie zdjęcia), przesłona otwiera się na chwilę, naświetla kliszę we wnętrzu aparatu. Mechanizm (elektryczny) wysuwa kliszę. Działa chemia, po chwili (zwykle ok 90 sekund) na karteluszku pojawia się zdjęcie:) Nie ma podglądu przed drukowaniem ani zapisu na karcie. Efekty… trochę mało przewidywalne. Czyli (prawie) tak, jak to drzewiej bywało:)

Oczywiście za samym procesem robienia zdjęcia kryje się trochę elektroniki (pomiar światła, dobieranie parametrów migawki, uruchamianie lampy) – ale na końcu dostajecie naświetloną kliszę.

Swoje rozwiązania oferują też Kodak, Lomography, Leica i inne – ale na naszym rynku polaroid i instax wydają się najpopularniejsze.

Tutaj bawię się instax mini 70.

Instax mini 70

Koszty – uwaga!

(podane ceny są orientacyjne, stan na czerwiec 2019)

Zanim zdecydujecie się na zakup takiego aparatu – rozważcie koszty jego użytkowania. Samo urządzenie nie jest specjalnie drogie (jak na aparat fotograficzny). instax mini 70 kosztuje trochę ponad 370 złotych, Topowy model mini 90 – około 460 złotych. Najtańsze modele (trzeba „manualnie” ustawić tryb robienia zdjęć na podstawie wskazań aparatu) – kosztują od 280 złotych. Więc to nie cena samego urządzenia jest tu do rozważenia.

Model instax 70 zasilany jest dwoma bateriami cr2. Co pewien czas trzeba będzie je wymieniać. Nie są one zbyt popularne, trzeba je kupować przez sieć. Koszt na portalu aukcyjnym to około od 7 do 15 złotych za sztukę (+dostawa). Producent obiecuje jednak do 400 zdjęć na jednej parze. Jak do tej pory zrobiłem koło 100 zdjęć, czas ładowania lampy nie wydłużył się zauważalnie. Wydaje się więc, że większym problemem będzie ich zdobycie, niż sam koszt zakupu.

Największym wydatkiem będą klisze, na których robi się zdjęcia.

Klisze do instax mini – 20 sztuk (dwie kasety po 10 zdjęć)

Na raz wkłada się kasetę z 10 kliszami. W zależności od źródła, pojedyncza kaseta kosztuje do 35 złotych. W pakietach dwóch kaset jest taniej, zestaw można kupić nawet za 40 złotych za 20 klisz. I tak wychodzi około 2-3 złote za zdjęcie. Weźcie to pod uwagę planując zakup. Nie sądzę, żeby szybko pojawiły się tańsze „zamienniki” (być może nigdy). Ale już widać, że w przeciągu roku ceny kaset znacząco  spadły (w 2018 roku płaciłem po 60 złotych za 20 sztuk). Nie spodziewałbym się jednak bardziej spektakularnych spadków. W przypadku takich produktów często materiały eksploatacyjne „sponsorują” same urządzenia.

Uwaga: do tego aparatu pasują jedynie klisze „instax mini”. Nie pasują do niego „instax square” czy „instax wide”. 

Użytkowanie

Instax mini 70

instax mini 70 jest banalnie prosty w obsłudze i użyciu. Załadowanie kasety polega na otwarciu aparatu oraz włożeniu kasety tak, żeby zgadzały się żółte paski na kasecie i obudowie.

instax mini 70 – tył aparatu

Teraz zamykacie aparat, włączacie go i pstrykacie pierwsze zdjęcie. Z aparatu wyjdzie kawałek plastiku – element kasety. Na liczniku pojawi się liczba pozostałych zdjęć (10). Kolejne pstryknięcie zaowocuje już zdjęciem.

Po załadowaniu kasety nie można już otwierać aparatu. Inaczej możecie prześwietlić pozostałe klisze. Włożoną kasetę trzeba więc zużyć do końca. 

Przez wizjer – tu okienko w obudowie z szybką –  namierzacie scenę. Zauważyłem, że rzeczywiste zdjęcie jest nieco większe niż pole wizjera. Pilnujcie, żeby punkt na którym chcecie skupić ostrość był w środku pola wizjera – chociaż elektronika i tak może zdecydować po swojemu:)

instax mini 70 – wizjer, lampa i przycisk migawki

Przy robieniu zdjęć możecie wybierać spośród kilku scenerii:

  • selfie (osobny przycisk),
  • automat
  • ikona kwiatka – macro (z 20-40 cm, celujcie dolnym lewym rogiem wizjera),
  • portret,
  • górki – widoczek,
  • hi-key – takie artystyczne prześwietlenie,
  • błyskawica – doświetlanie pierwszego planu.
Od góry: włączanie, wyświetlacz, przyciski zmiany trybu, samowyzwalacza i do selfie

Nie macie wpływu na żadne ustawienia – jak czas naświetlania, przysłona czy nawet włączanie się lampy. Wszystko oblicza automat. Aparat wyposażony jest w samowyzwalacz (i gniazdo pod statyw).

W końcu pozostaje jedynie wciśnięcie przycisku z przodu obudowy.

Pstryk – i po chwili zdjęcie wyjeżdża ze szczeliny w obudowie.

instax mini 70 – szczelina, przez którą ‚wyjeżdża’ zdjęcie

Zdjęcie ma rozmiar 46x62mm. Cały ‚karteluszek’ jest trochę większy – 54x86mm. Dodatkowe miejsce możecie wykorzystać np, na podpis.

Z początku zdjęcie będzie mleczno-białe. Dopiero po chwili pojawią się pierwsze zarysy – a potem reszta. Całość powinna się ‚wybarwić’ do około 90 sekund. W tym czasie nie powinno się dotykać powierzchni kliszy. Podobno też nie powinno się „wachlować” zdjęciem (jak to się w filmach z polaroidem widuje).

W instrukcji pisze, że proces wywołania wymaga temperatur dodatnich, 5 – 40ºC. Poniżej 5ºC, po zrobieniu zdjęcia powinno się schować je w ciepłej kieszeni. 

Gdy wypstrykacie wszystkie zdjęcia wystarczy otworzyć aparat zamienić starą (pustą) kasetę na nową – zamknąć aparat i jesteście gotowi do dalszych zdjęć.

Akcesoria

instaxy sprzedawane są osobno – lub w zestawach. Zależnie od zestawu – pudełko może zawierać sam aparat,  instrukcje, pasek na rękę i zestaw baterii – lub np. dodatkowe kasety z kliszami. Futerał do aparatu najczęściej musicie dokupić osobno. Na szczęście nie jest to duży wydatek – 40 złotych na portalu aukcyjnym powinno wystarczyć. Dostępne są różne wzory.

W sprzedaży znajdziecie kilka wariantów klisz, które różnią się między sobą kolorem/wzorem ramki. Są takie a’la komiks lub z Minionkami. Widziałem też w sprzedaży klisze monochromatyczne.

Uważajcie na klisze instax wide i square – nie pasują do aparatów z serii mini.

Ostatnio trafiłem też na kolorowe przysłony na flesha – jeszcze nie miałem okazji ich wypróbować.

Co zrobić ze zdjęciami? W sieci znajdziecie wiele albumów (klaserów?) na ich przechowywanie.

Widziałem też ramki, jeżeli chcecie postawić sobie zdjęcie na półce:)

Podsumowanie

Porównywanie aparatów instax  do cyfrówek (wbudowanych w telefony, kompaktów, lustrzanek) po prostu nie  ma sensu. Analogowe instaxy nie zostały zbudowane, żeby konkurować w dziedzinie najlepszej jakości, genialnej ostrości, szerokiej głębi itp. Co więcej – jak dla mnie zdjęcia z instaxa są jakieś… no po prostu ‚inne’. Najczęściej odrobinę prześwietlone, jakby rozmyte, trochę ‚wyprane’. Przypominają mi takie nadruki na kubkach – z ‚porcelanową’ poświatą.  Zdecydowanie nie jest to realizm zdjęć z ‚normalnego’ aparatu. Ani szczegółowość. Ani rozmiar zredukowany do  karty kredytowej.

W kasecie macie 10 zdjęć. Wydaje się mało? Właściwie to… nie. Po prostu nie fotografujecie wszystkiego jak leci w 25 ujęciach. instaxa wyciągacie wtedy, kiedy coś Was tknie…

I muszę się tu przyznać: uwielbiam je:)

Nie wieje z nich plastikiem, ani  nudą czy seryjnością. Dla mnie instax wydaje się dodawać klimat, pewną ’emocję’ do ujęcia… Patrząc na nie wcale nie myślę o technicznych niedoskonałościach (nawet kiedy włożę pasek w obiektyw), ale o miejscu, które przedstawia, o osobie, która jest na zdjęciu, o sytuacji, w której zdjęcie zostało zrobione. To nie jest kolejny plik z obrazkiem. To wydarzenie, do którego będziecie wracać myślami i emocjami przeglądając album z zeszłych wakacji.

instax nie jest tanią zabawką. Ale muszę przyznać – ma w sobie coś i robienie nim zdjęć bardzo mnie wzięło. Zdecydowanie nie jest to aparat podstawowy, ale w rezultacie… ostatnio zawsze go mam przy sobie:)

Przez ponad rok użytkowania aparat nie sprawił żadnych problemów technicznych.

Skomentuj ten tekst na facebook.

Źródła