instax mini 70 – fotografia natychmiastowa czy… klimatyczna?

Wakacje już właściwie mają się ku schyłkowi (przykro mi…). Pewnie byliście w dziesiątkach miejsc. Przywieźliście z nich tony zdjęć i kilometry video. Cóż, w końcu karty pamięci są coraz większe – a telefony macie zawsze przy sobie. Można nagrać a potem skasować 100 zdjęć jednej doniczki, wysłać na facebooka/ instagrama i… zapomnieć. Być może nawet skopiujecie je wszystkie na dysk laptopa, ale czy kiedykolwiek do nich wrócicie?

Oczywiście zdarza się spotkać człowieka z lustrzanką. Mruży oczy i patrzy na świat przez perspektywę kadru. Szuka i czeka, żeby strzelić tę jedyną scenę z kotem na ławce. Stoi więc taki biedak, kolana go bolą (bo sprzęt waży), marszczy czoło myśląc o świetle i ekspozycji, żona obok przewraca oczami a dzieciaki z nudów demontują parkowe oświetlenie.

Jest też trzecia droga: fotografia natychmiastowa. Nie tak ‚masowa’ jak ta z komórki, nie tak wypieszczona jak ta z lustrzanki – ale powiedziałbym… najbardziej klimatyczna:)

Aparaty natychmiastowe umożliwiają ‚wydruk’ właśnie zrobionego zdjęcia. Na rynku znajdziecie właściwie dwa rozwiązania. Polaroidy  Snap robią zdjęcia cyfrowo a aparat może je wydrukować na specjalnym papierze (rodzaj termotransferu). Zdjęcia zapisywane są na karcie SD; wyższe modele pozwalają na oglądnięcie ich na wbudowanym LCD i wybranie tych do wydruku. Czyli taki kompakt z drukarką w jednej obudowie.

instax to całkiem inna historia, bo jest właściwie… analogowy. W momencie gdy wciskacie migawkę (przycisk „wyzwalający” robienie zdjęcia), przesłona otwiera się na chwilę, naświetla kliszę we wnętrzu aparatu. Mechanizm (elektryczny) wysuwa kliszę. Działa chemia, po chwili (zwykle ok 90 sekund) na karteluszku pojawia się zdjęcie:) Nie ma podglądu przed drukowaniem ani zapisu na karcie. Efekty… trochę mało przewidywalne. Czyli (prawie) tak, jak to drzewiej bywało:)

Oczywiście za samym procesem robienia zdjęcia kryje się trochę elektroniki (pomiar światła, dobieranie parametrów migawki, uruchamianie lampy) – ale na końcu dostajecie naświetloną kliszę.

Swoje rozwiązania ma też Kodak, Lomography, Leica i inne – ale na naszym rynku polaroid i instax wydają się najpopularniejsze.

Tutaj bawię się instax mini 70.

Instax mini 70

Koszty – uwaga!

(podane ceny są orientacyjne, stan na sierpień 2018)

Zanim zdecydujecie się na zakup takiego aparatu – rozważcie koszty jego użytkowania. Samo urządzenie nie jest specjalnie drogie (jak na aparat fotograficzny). instax mini 70 kosztuje trochę ponad 400 złotych, Topowy model mini 90 – około 500 złotych. Najtańsze modele (trzeba „manualnie” ustawić tryb robienia zdjęć na podstawie wskazań aparatu) – kosztują od 250 złotych. Więc to nie cena samego urządzenia jest tu do rozważenia.

Model instax 70 zasilany jest dwoma bateriami cr02. Co pewien czas trzeba będzie je wymieniać. Nie są one zbyt popularne, trzeba je kupować przez sieć. Koszt na portalu aukcyjnym to około 15 złotych (+dostawa). Producent obiecuje do 400 zdjęć na jednej parze. Nawet jeżeli podzielimy to przez dwa – większym problemem będzie ich zdobycie, niż sam koszt zakupu.

Największym wydatkiem będą klisze, na których robi się zdjęcia.

Klisze do instax mini – 20 sztuk (dwie kasety po 10 zdjęć)

Na raz wkłada się kasetę z 10 kliszami. Pojedyncza kaseta kosztuje co najmniej 35 złotych, w pakietach dwóch kaset jest odrobinę taniej, ok. 60 złotych za 20 klisz. I tak wychodzi około 3 złotych za zdjęcie. Weźcie to pod uwagę planując zakup. Nie sądzę, żeby szybko pojawiły się tańsze „zamienniki” (być może nigdy). Jeżeli z czasem fotografia ta upowszechni się trochę – ceny powinny spadać (chyba, że materiały eksploatacyjne „sponsorują” dość tanie aparaty). Na razie jest to raczej impreza niszowa.

Użytkowanie

Instax mini 70

instax mini 70 jest banalnie prosty w obsłudze i użyciu. Załadowanie kasety polega na otwarciu aparatu oraz włożeniu kasety tak, żeby zgadzały się żółte paski na kasecie i obudowie.

instax mini 70 – tył aparatu

Teraz zamykacie aparat, włączacie go i pstrykacie pierwsze zdjęcie. Z aparatu wyjdzie kawałek plastiku – element kasety. Na liczniku pojawi się liczba pozostałych zdjęć (10). Kolejne pstryknięcie zaowocuje już zdjęciem.

Po załadowaniu kasety nie można już otwierać aparatu. Inaczej możecie prześwietlić pozostałe klisze. Włożoną kasetę trzeba więc zużyć do końca. 

Przez wizjer – tu okienko w obudowie z szybką –  namierzacie scenę. Zauważyłem, że rzeczywiste zdjęcie jest nieco większe niż pole wizjera. Pilnujcie, żeby punkt na którym chcecie skupić ostrość był w środku pola wizjera – chociaż elektronika i tak może zdecydować po swojemu:)

instax mini 70 – wizjer, lampa i przycisk migawki

Przy robieniu zdjęć możecie wybierać spośród kilku scenerii:

  • selfie (osobny przycisk),
  • automat
  • macro
  • portret,
  • widoczek,
  • hi-key – takie artystyczne prześwietlenie,
  • doświetlanie pierwszego planu.
Od góry: włączanie, wyświetlacz, przyciski zmiany trybu, samowyzwalacza i do selfie

Nie macie wpływu na żadne ustawienia – jak czas naświetlania, przysłona czy nawet włączanie się lampy. Wszystko oblicza automat. Aparat wyposażony jest w samowyzwalacz (i gniazdo pod statyw).

W końcu pozostaje jedynie wciśnięcie przycisku z przodu obudowy.

Pstryk – i po chwili zdjęcie wyjeżdża ze szczeliny w obudowie.

instax mini 70 – szczelina, przez którą ‚wyjeżdża’ zdjęcie

Zdjęcie ma rozmiar 46x62mm. Cały ‚karteluszek’ jest trochę większy – 54x86mm. Dodatkowe miejsce możecie wykorzystać np, na podpis.

Z początku zdjęcie będzie mleczno-białe. Dopiero po chwili pojawią się pierwsze zarysy – a potem reszta. Całość powinna się ‚wybarwić’ do około 90 sekund. W tym czasie nie powinno się dotykać powierzchni kliszy.

W instrukcji pisze, że proces wywołania wymaga temperatur dodatnich, 5 – 40ºC. Poniżej 5ºC, po zrobieniu zdjęcia powinno się schować je w ciepłej kieszeni. 

Gdy wypstrykacie wszystkie zdjęcia wystarczy otworzyć aparat zamienić starą (pustą) kasetę na nową – zamknąć aparat i jesteście gotowi do dalszych zdjęć.

Akcesoria

Zależnie od zestawu – u mnie pudełko zawierało sam aparat,  instrukcje, pasek na rękę i zestaw baterii. Futerał do aparatu musicie dokupić osobno. Na szczęście nie jest to duży wydatek – 90 złotych na portalu aukcyjnym powinno wystarczyć. Dostępne są różne wzory.

Niektóre zestawy instax zawierają kasetę z kliszami. W innym przypadku – musicie kupić je dodatkowo. W sprzedaży znajdziecie kilka wariantów klisz, które różnią się między sobą kolorem/wzorem ramki. Są takie a’la komiks lub z Minionkami. Widziałem też w sprzedaży klisze monochromatyczne.

Uważajcie na klisze instax wide i square – nie pasują do aparatów z serii mini.

Co zrobić ze zdjęciami? W sieci znajdziecie wiele albumów (klaserów?) na ich przechowywanie. Widziałem też ramki, jeżeli chcecie postawić sobie zdjęcie na półce:)

Podsumowanie

Porównywanie aparatów instax  do cyfrówek (wbudowanych w telefony, kompaktów, lustrzanek) po prostu nie  ma sensu. instaxy nie zostały zbudowane, żeby konkurować w dziedzinie najlepszej jakości, genialnej ostrości, szerokiej głębi itp. Co więcej – jak dla mnie zdjęcia z instaxa są jakieś… no po prostu ‚inne’. Najczęściej odrobinę prześwietlone, jakby rozmyte, trochę ‚wyprane’. Przypominają mi takie nadruki na kubkach – z ‚porcelanową’ poświatą.  Zdecydowanie nie jest to realizm zdjęć z ‚normalnego’ aparatu. Ani szczegółowość. Ani rozmiar zredukowany do  karty kredytowej.

W kasecie macie 10 zdjęć. Wydaje się mało? Właściwie to… nie. Po prostu nie fotografujecie wszystkiego jak leci w 25 ujęciach. instaxa wyciągacie wtedy, kiedy coś Was tknie…

Nie wieje z nich plastikiem, ani  nudą czy seryjnością. Dla mnie instax wydaje się dodawać klimat, pewną ’emocję’ do ujęcia… Patrząc na nie wcale nie myślę o technicznych niedoskonałościach (nawet kiedy włożę pasek w obiektyw), ale o miejscu, które przedstawia, o osobie, która jest na zdjęciu, o sytuacji, w której zdjęcie zostało zrobione. To nie jest kolejny plik z obrazkiem. To wydarzenie, do którego będziecie wracać myślami przeglądając album.

instax nie jest tanią zabawką. Ale muszę przyznać – ma w sobie coś i robienie nim zdjęć bardzo mnie wzięło. Zdecydowanie nie jest to aparat podstawowy, ale w rezultacie… ostatnio zawsze go mamy przy sobie:)

Skomentuj ten tekst na facebook.

Źródła